Tybet w 2006 roku - Gospodarka, zatrudnienie, mieszkalnictwo
Rząd centralny i inne prowincje Chin subsydiują gospodarkę Tybetu, która w ostatniej dekadzie, jak chcą oficjalne statystyki, rosła o ponad dziesięć procent rocznie. W ramach dziesiątego planu pięcioletniego (2001-2005), w którym szczególny nacisk położono na rozwijanie „ziem zachodnich", Pekin zainwestował w TRA ponad 90 miliardów yuanów (10,8 mld USD). Niemal 95 procent budżetu regionu pochodzi ze źródeł zewnętrznych. Tybet korzysta również z wielu przywilejów gospodarczych i podatkowych, które przyciągają rzesze imigrantów narodowości Han i Hui (chińskich muzułmanów), wypierających z rynku tybetańskich przedsiębiorców i siłę roboczą. Rządowe programy rozwoju gospodarczego przyczyniły się do podniesienia stopy życiowej Tybetańczyków w miastach, jednak zasadnicze korzyści odnoszą przede wszystkim Chińczycy. Szybki wzrost gospodarczy, rozwój turystyki i współczesne wpływy kulturowe zakłócają tradycyjny styl życia i zagrażają środowisku naturalnemu oraz kulturze tybetańskiej.
Rosnąca liczba chińskich imigrantów, kluczowych dla pełnego zintegrowania lokalnej gospodarki ze strukturami ChRL, stanowi ogromne zagrożenie dla tożsamości Tybetu. Chińczycy, którzy dzięki rządowym dotacjom zarabiają tu średnio o 46,9 proc. więcej niż w innych prowincjach ChRL (w armii, według danych rządowych, o 300 proc.), zdominowali życie gospodarcze w całym regionie. Hanowie wypierają już Tybetańczyków nawet z rynku produktów tradycyjnych, takich jak tybetańskie meble, malowidła czy rzemiosło. W Lhasie, na przykład, należy do nich 340 zarejestrowanych warsztatów „rękodzielniczych", a do Tybetańczyków - ledwie 28. W tej sytuacji kwestia „rozwoju" (w tym inwestycji zagranicznych, a zwłaszcza projektów Banku Światowego czy międzynarodowych korporacji) budzi poważne wątpliwości i kontrowersje.
Miasta Tybetu tracą swój charakter i coraz bardziej upodabniają się do chińskich metropolii. W 2002 roku, mimo licznych protestów, władze zaczęły wyburzać zabytkowe domy i wznosić nowe budynki w starej, objętej ochroną Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Oświaty, Nauki i Kultury (UNESCO) części miasta, która nie stanowi już nawet dwóch procent powierzchni stolicy Tybetu.
Z relacji uchodźców wyłania się obraz uprzedzeń rasowych chińskich pracodawców, którzy automatycznie uznają Tybetańczyków za „niekompetentnych" i „zacofanych". We wszystkich instytucjach Tybetańczycy zajmują niższe, a Chińczycy wyższe stanowiska. Wielu utrzymuje, że jedynym sposobem na zdobycie pracy jest łapówka i guanxi. Podobnie wygląda struktura płac; Tybetańczycy z reguły nie zarabiają połowy tego, co za tę samą pracę dostają Chińczycy.
Z raportów instytucji międzynarodowych wynika, że ponad 70 procent Tybetańczyków z TRA żyje poniżej progu ubóstwa. Wielu głoduje, nie ma pracy, mieszkań, dostępu do szkół i opieki zdrowotnej. Niedożywienie jest przyczyną chorób i zaburzeń rozwojowych tysięcy tybetańskich dzieci.
Rozwój miast gwałtownie powiększa rozziew między dochodami społeczności miejskich i wiejskich - oraz, tym samym, Chińczyków i Tybetańczyków, którzy zdani są na stosunkowo mało wydajne uprawy i hodowlę. Dochody w miastach rosną pięć razy szybciej niż na wsi. Choć Pekin zapewnia, że tybetańscy rolnicy i koczownicy nie płacą podatków, niemal każdy uchodźca - zwłaszcza chłopi i nomadzi - informuje Tybetańskie Centrum Praw Człowieka i Demokracji (TCHRD) w Dharamsali o drakońskich obciążeniach fiskalnych. Władze lokalne potrafią opodatkować dosłownie wszystko: życie, zwierzęta, plony, trawę, wodę, skóry, szkoły itd. Nie istnieją żadne mechanizmy, które pozwalałyby na rozliczanie urzędników oraz odwołanie się od nakładanych arbitralnie, zawyżanych i dyskryminujących podatków. Według oficjalnych statystyk - i raportu Banku Światowego z 2006 roku - realne dochody najuboższych 150 milionów mieszkańców Chin, a więc i przytłaczającej większości Tybetańczyków, spadają od połowy lat dziewięćdziesiątych. Władze chińskie zdają się dostrzegać ten problem i uważają, że rozwiążą go, zachęcając mieszkańców wsi do migrowania do miast, co nieuchronnie wywoła dalszą marginalizację i erozję społeczności tybetańskich.
Poważnym problemem pozostaje bezrobocie, również to ukryte. Wielu tybetańskich chłopów i pasterzy uważa się za „zatrudnionych", gdy krzątają się po rodzinnym obejściu lub podejmują dorywczą, nisko opłacaną pracę fizyczną. Brak wykształcenia, nieznajomość chińskiego oraz dyskryminacja skutecznie uniemożliwiają im znalezienie innego zatrudnienia.
Tybetańczycy są również dyskryminowani w sferze mieszkalnictwa. Wprowadzono procedury, które gwarantują mieszkania - lub najwyższe miejsca na listach oczekujących - przybywającym do Tybetu Chińczykom. Aby zapewnić im „przestrzeń życiową", eksmituje się Tybetańczyków z ich starych domów, które są następnie wyburzane. Wysiedlani nie dostają z reguły żadnych rekompensat i doczekawszy się wreszcie nowej kwatery, muszą płacić wygórowane czynsze. W 2005 roku ogłoszono planowaną na trzy lata kampanię „zrób to sam" (tyb. namdrang rangdrik), w ramach której - w imię propagandowego „upiększania" krajobrazu z myślą o coraz liczniejszych turystach - zmusza się chłopów, zwłaszcza mieszkających w okolicach największych miast i w pobliżu głównych szos, do przebudowy lub budowy nowych domów zgodnie ze szczegółowymi wytycznymi władz. Rząd finansuje jedynie małą część tego programu, zmuszając Tybetańczyków do zaciągania kredytów, których wielu nie będzie w stanie spłacać. Co więcej, nowe, zuniformizowane domy z obowiązkowymi czerwonymi sztandarami na dachach, pozbawione są podwórek, co zmusza chłopów do pozbywania się zwierząt i odbiera im tradycyjne źródło utrzymania.
W październiku 2005 roku zrealizowano stare marzenie przewodniczącego Mao i zakończono budowę linii kolejowej, która połączyła Lhasę z Golmud (chiń. Ge'ermu) w Qinghai oraz innymi prowincjami ChRL. Pociągi pasażerskie zaczęły kursować w lipcu 2006 roku, przywożąc do stolicy Tybetu cztery tysiące osób dziennie. Nowe inwestycje gospodarcze i trzynastoprocentowy wzrost gospodarczy przyciągają rzesze chińskich robotników i imigrantów, potęgując lęk rdzennych mieszkańców przed całkowitą sinizacją Tybetu. Z wypowiedzi chińskich przywódców wynika jasno, że kolej służy przede wszystkim celom politycznym i militarnym oraz eksploatacji - czy, jak widzą to Tybetańczycy, rabunkowi - bogactw naturalnych.
Władze chińskie oficjalnie zaprzeczają, jakoby Tybetańczycy stawali się mniejszością w swojej ojczyźnie, jednak rządowe statystyki są tu i absolutnie niewiarygodne, i wzajemnie sprzeczne: na przykład według spisu powszechnego z 2000 roku w TRA zameldowanych było 158570 Hanów, podczas gdy rocznik statystyczny TRA za ten sam rok podaje liczbę ponad dwukrotnie mniejszą - 72122.
Według Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) Tybet jest najbiedniejszym regionem ChRL. Z wynikiem niemal dwa razy niższym niż wskaźnik całych Chin zajmuje jedno z ostatnich miejsc w globalnym rankingu określającym stopień rozwoju społecznego. źródło: sft.org.pl
Warszawa 2006
Helsińska Fundacja Praw Człowieka

