Ręceprecz odTybetu


Witamy w serwisie ręceprecz odtybetu
RęcePrecz odTybetu » Opowieść pana Dorjee

Artykuł



Opowieść pana Dorjee

źródło: th.interia.pl
2008-07-11, dodane przez ręceprecz odtybetu
Kategoria: [ Chiny ] [ Incydenty ] [ Społeczeństwo ] [ Osobistości ] [ Zwyczaje ]

 Sobotnie przedpołudnie. Siedzę przy drodze, prowadzącej do tybetańskiego domu spokojnej starości. Bajeczna panorama Himalajów, cisza. Drogą przechodzą staruszkowie, każdy przerzuca w dłoni koraliki modlitewne, niektórzy kręcą młynkami, usta cicho recytują mantry. Z pomarszczonych twarzy emanuje taki spokój, że sam uśmiecham się, a oni odpowiadają uśmiechem.
W pewnym momencie pojawia się starszy mężczyzna, ubrany po europejsku. Widząc, że notuję, przysiada się. Pan Thutop Dorjee jest kierownikiem wydziału w home office, resorcie spraw wewnętrznych tybetańskiego rządu na uchodźstwie. Chętnie odpowiada na pytania („Moim obowiązkiem jest mówić o sprawie Tybetu, tym którzy chcą, i którzy nie chcą słuchać”).
Przez rok prowadził wykłady uniwersyteckie w USA. Spotkał tam stypendystów z komunistycznych Chin. „Na początku moja amerykańska szefowa martwiła się: »To musi być dla ciebie straszne, sam wobec tych Chińczyków« – wspomina. – Też się obawiałem, ale podjąłem wyzwanie. Przywódca ich grupy zaatakował mnie. Spokojnie poleciłem im literaturę i strony internetowe o Tybecie. I wiesz co? Po tygodniu zaczęli mówić, że oni nic nie wiedzieli, że myśleli, iż Tybet był zawsze chińską prowincją. Zostaliśmy przyjaciółmi, choć trudno było przełamać barierę”.
„Nasza polityka tak właśnie wygląda – mówi Thutop Dorjee. – Dalajlama powtarza, że to rząd chiński jest zły, a zwyczajni Chińczycy to dobrzy ludzie. Dlatego chcemy mieć jak najlepsze kontakty z ludźmi. Bo rząd kiedyś się musi zmienić... Kiedyś towarzyszyłem Jego Świątobliwości podczas podróży, na spotkania przychodzili też Chińczycy. I zwykle po spotkaniach przepraszali nas, że są Chińczykami. No, to już przesada, ale świadczy o skuteczności takiej polityki”.
Ale czy polityka ta jest w stanie zmienić fakt, że Zachód faktycznie sprzedał sprawę Tybetu? Chinom przyznano organizację olimpiady, przyjęto je do Światowej Organizacji Handlu (WTO).
Dorjee nie traci nadziei: „To smutne, że dla Ameryki ważniejsze są prawa autorskie niż prawa człowieka. Ale z drugiej strony, olimpiada jest okazją: Chiny mogą pokazać się z najlepszej albo z najgorszej strony. Nie wątpię, że wszystko pięknie zorganizują. Ale ludzie zobaczą też, że do pewnych regionów nie można wjechać. I nie wszyscy dostaną wizy. A czy Chiny się ucywilizują? W każdym razie, jest nadzieja. Nadzieja, że zrozumieją, iż zniszczenie sześciu tysięcy świątyń i klasztorów, zabicie ponad miliona Tybetańczyków było barbarzyństwem”.
Czy wiadomo coś tutaj o polskiej inicjatywie na rzecz uwolnienia Panczenlamy? „O tak, jesteśmy wdzięczni za poparcie dla sprawy wolnego Tybetu” – mówi Thutop Dorjee (nie są to tylko słowa: w tybetańskiej prasie odnotowano drugą rocznicę wizyty Dalajlamy w Polsce i stanowisko Sejmu). „Z Panczenlamą sprawa jest równie straszna, co komiczna – ciągnie Dorjee. – Straszna, bo więzi się dziecko, a komiczna, bo chińscy komuniści-ateiści są tak religijni, że są w stanie rozpoznać inkarnację Panczenlamy, a nawet Dalajlamy...”.
Dziwi ta pogoda ducha, w takiej sytuacji. „Dalajlama powtarza, że zmartwienie nic nie rozwiązuje, jedynie pogłębia problem. Należy skupić się na skutecznym działaniu, zachowując pogodę ducha” – wyjaśnia Dorjee i zaprasza do odwiedzenia siedziby rządu. To zespół budynków skupiony wokół małego placu: działa siedem departamentów, najważniejsze to home office (sprawy wewnętrzne), departament edukacji oraz kultury i religii. Każdy zajmuje się diasporą. Budżet rządu jest skromny: w tym roku 15 mln dolarów. Ale mimo to departament edukacji opiekuje się 82 szkołami tybetańskimi, rozrzuconymi od Nepalu po Indie. Ich uczniowie znajdują wykształcenie, a często też mieszkanie i wyżywienie. Zadaniem departamentu kultury i religii jest podtrzymywanie świadomości narodowej.
Home office stara się o zapewnienie Tybetańczykom na uchodźstwie godziwego bytu. Wokół Dharamsali powstało wiele osiedli tybetańskich, gdzie uprawia się ziemię (rząd Indii przekazuje ją Tybetańczykom w 99-letnią dzierżawę). Dorjee przyznaje jednak, że trudno zachęcić do tego młodych, zwłaszcza że sprzedaż produktów rolnych jest mało opłacalna. Dlatego podjęto współpracę z Izraelem: tam Tybetańczycy uczą się uprawy w trudnych warunkach i tworzenia spółdzielni. Ale wielu młodych Tybetańczyków chciałoby się przenieść w inne regiony. „To niebezpieczne dla ich tożsamości – dowodzi Dorjee. – W obcym środowisku mogą zapomnieć o korzeniach. Robimy wszystko, by zostali z nami”.
Na stwierdzenie, że na ulicach Mc Leod Ganj nie widać tybetańskich żebraków, Dorjee powie: „Od ponad 40 lat wszyscy jesteśmy żebrakami, zależnymi od innych”.
W drodze powrotnej mijam tybetański szpital: schludny, przed nim ambulanse, ofiarowane przez organizacje humanitarne. Szpital świadczy usługi każdemu, „bez względu na płeć, narodowość, kastę, religię”. Porada kosztuje pięć rupii (50 groszy). Obok różnych specjalizacji, jak w zachodnich szpitalach, jest oddział opieki nad ofiarami tortur.

Artur Klimaszewski  z Dharamsali (północne Indie), źródło: tygodnik.com.pl

 

ręceprecz odtybetu



Szukaj




 

Reklama



2008 Copyright by RęcePrecz odTybetu