Tybet jak Las Vegas
Chińska ofensywa w Tybecie oznacza dziś czynne całą dobę kawiarnie internetowe, centra handlowe przy historycznym Pałacu Potala, niezależne galerie z obrazami, na których Budda walczy w "Guernice" Picassa
Według słów Dalajlamy Chiny zintensyfikowały w Tybecie "demograficzną agresję" w lipcu 2006 r., otwierając szybką kolej Lhasa - Pekin. Do stolicy Tybetu codziennie może przyjeżdżać 6 tys. Chińczyków. Lhasa zmieniła się z tradycyjnego spokojnego miasta, którym była jeszcze w połowie lat 80. - jak pisze Pico Iyer, autor książki o Dalajlamie "The Open Road" - w Las Vegas Wschodu zamieszkane przez 300 tys. ludzi, z czego dwie trzecie to Chińczycy. Przy głównych ulicach jest 240 dyskotek, kilkadziesiąt klubów karaoke, 650 domów publicznych.
Dalajlama jeszcze kilka miesięcy temu mówił, że kolej Lhasa - Pekin sama w sobie nie jest niczym złym, podobnie jak internet - to tylko efekty postępu, ekonomicznego rozwoju. Jednak postęp dla buddysty znaczy coś innego niż dla Chińczyka - wolność od ignorancji i cierpienia, jakie może przynieść niewiedza, a nie uwolnienie od przeszłości, religii, tradycji. Dla chińskich władz lepiej, żeby buddyzm nie był żywą wiarą, ale folklorystycznym rytuałem.
Informacje o tybetańskich młodych artystach tworzących w swojej ojczyźnie rzadko ukazują się w zachodniej prasie. Tygodnik "Time" opublikował ostatnio zdjęcia mnichów na tle chińskich billboardów, Tybetańczyków na koncertach rockowych, w kawiarniach internetowych. "To kulturowe starcie" - pisze "Time".
Jednak rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. "The New York Times" odwiedził niezależną galerię Gedun Choephel Artists' Guild w Lhasie stworzoną przez dziesięciu Tybetańczyków i dwóch Chińczyków. Przekonał się, że stolica Tybetu jest nie tylko polem inwazji Chin, ale też miejscem, w którym mieszają się kultury.
- Kilkadziesiąt lat temu tworzyliśmy przede wszystkim sztukę religijną, co w oczach Chińczyków potwierdzało, że jesteśmy zacofanym społeczeństwem feudalnym - mówi tybetański malarz w rozmowie z amerykańską gazetą. - Nasz problem polegał nie tylko na braku wolności, również na tym, że nie byliśmy wykształceni w nowoczesnych technikach artystycznych, nie mieliśmy narzędzi do komentowania zmian, którym podlega Tybet. Także Chińczycy prezentowali uproszczony obraz naszej kultury, według nich tylko archaicznej i tajemniczej. Tymczasem Lhasa nie jest już miastem świątyń. Kultura Zachodu jest tu tak samo obecna jak w Chinach.
Artyści Gedun Choephel Artists' Guild o swoich pracach mówią: abstrakcyjny symbolizm, społeczny komentarz, postmodernizm. - Walczymy z uproszczonym wizerunkiem Tybetu - tłumaczy jeden z malarzy grupy Gedun, 33-letni Tybetańczyk Gade. - Na naszych obrazach pojawiają się drzewka bożonarodzeniowe, fast foody, reklamy Nike. Młodzi Tybetańczycy już to zaakceptowali.
Na "Fotografii zbiorowej" obok Mickey Mouse, Supermana, Karola Marksa stoi Ludongzan - tybetański urzędnik z VII w. Panującemu wtedy królowi Songzanganbu zależało na przyjaznych stosunkach z chińską dynastią Tang. Poprosił o rękę chińskiej księżniczki i zbudował dla niej Pałac Potala. Przez wieki był to symbol kultury, w której mnisi postępowali zgodnie z zasadami swojej wiary, i zimowa rezydencja Dalajlamy - dziś pałac otoczony jest parkiem rozrywki, obok stoi duże centrum handlowe obwieszone billboardami zachodnich marek.
Niezależność Tybetu, postać Dalajlamy, ataki na chiński rząd - to tematy zakazane. Jeśli pojawia się komentarz społeczny, to w zderzeniu kultury tybetańskiej z obcą. Na obrazach grupy Gedun obok choinki z prezentami stoi drzewo Bodhi, pod którym Budda osiągnął oświecenie, lama medytuje przed stosem chińskich gazet z nagłówkami o wojnie w Iraku albo wmontowany jest w tło nawiązujące do "Guerniki" Picassa. - Za granicą wielkie galerie nie są zainteresowane pokazywaniem naszych prac, bo nie pasują do stereotypów - mówi młody malarz Gade.
Dziś młodzi Tybetańczycy studiują w Pekinie. - Jeśli za 30 lat Tybet będzie zamieszkiwać 6 mln Tybetańczyków i 10 mln chińskich buddystów, może nasza kultura przetrwa - mówi tybetański mnich tygodnikowi "Time".
Źródło: Gazeta Wyborcza

